środa, 29 czerwca 2016

IV. Przebudzenie

Serce przestało bić w młodej piersi. Krew zastygła. Skóra pobladła, stała się wręcz przezroczysta, a na każdym skrawku ciała widać było różnobarwne sińce. Spierzchłe wargi utraciły swój różowawy kolor. Powieki zakrywały ciemne oczy...
Tris mimo, iż wyglądała na martwą od co najmniej dwóch dni, jednak w sobie toczyła walkę. Na zewnątrz wyglądała jakby spała, spokojna i niczym nie zmartwiona. Jednakże nicość odeszła, znów dryfowała w ciemności czując palący ból w gardle i żyłach. Miała wrażenie, że nie jest ograniczona ciałem, acz i tak miażdżący ból okrywał ją całą. Sama nie rozumiała co się dzieje. Czy tak wygląda śmierć? Czy to przejściowe, czy może trafiła do Piekła. Nigdy nie była przykładem wiary, ale w takich chwilach człowiek chwyta się każdej możliwości. Chciała się obudzić. Chciała odejść. Chciała by to się skończyło. 
Wybiegła z domu, zeskoczyła z małego tarasu. Jej bose stopy ślizgały się na zroszonym trawniku. Śmiała się radośnie. Pokonała kilka metrów ogrodu by dotrzeć do bujaczki. Średnia opona opasana sznurem i zawieszona na grubym konarze rozłożystej jabłoni. Złapała w małe dłonie sznur i usadowiła się na oponie. Wyginała ciało by się rozbujać. Uśmiechnęła się szeroko, gdy dogonił ją mężczyzna przed czterdziestką z aparatem w ręku....
Stała wzburzona i wyraźnie zirytowana w progu kuchni. Jej oczy nerwowo przeskakiwały z ojca na matkę. Zaciskała usta w wąską linię tak mocno, że przypominały białą kreskę. -Słyszałaś mamę, nigdzie dzisiaj nie wychodzisz!- Prychnęła niezadowolona. -Ale tato... jęknęła błagalnie. -Nie Tris.- Mruknął twardym tonem kręcąc głową. -Nienawidzę Was! Nigdy na nic mi nie pozwalacie!- Wykrzyczała powstrzymując łzy, które napłynęły jej do oczu. Chwyciła torebkę z ziemi i pognała do swojego pokoju na piętrze. Trzaskając z impetem drzwiami zniknęła w środku...
Siedziała naburmuszona w samochodzie. Nie chciała jechać nad jezioro. Uważała, że ma już tyle lat by móc zostać sama w domu, czy pójść na cały weekend na noc do koleżanki, którą rodzice doskonale znają. Miała plany na te dni, ale oczywiście jej zdanie nie miało prawa głosu i się nie liczyło. Gdy była młodsza ogromną radość sprawiały jej wycieczki do domku nad jeziorem. Teraz również lubiła spędzać czas z rodzicami, ale przecież miała prawo dorastać, bawić się ze znajomymi, a jak zwykle musiała wszystko odwoływać. To było nie fair...
Wspomnienia z poprzednich lat życia przelatywały jej przed oczami. Nie miała jednak czasu by przyjrzeć się im dokładnie. Wszystko mijało błyskawicznie, pojedyncze obrazy i słowa, które echem odbijały się po głowie Tris, szybko były zamieniane kolejnymi. Miała jednak wrażenie, że jakaś część wspomnień nadal jest okryta mgłą i nie zdoła się do nich dokopać. Mimo wszystko wiele jej się przypomniało, wiele spraw o które kłóciła się z rodzicami, teraz wiedziała, że niepotrzebnie, że mogła oszczędzić sobie głupich kłótni i wyrzutów. Ci ludzie robili dla niej to co uważali za dobre, a ona ile razy kręciła nosem, była niesprawiedliwa, uparta... Teraz było za późno na poprawę, a miała za co przepraszać...
Nagle ciemność zniknęła, świadomość powróciła do niej tak nagle, że w pierwszej chwili nie zdążyła wszystkiego zarejestrować. Wpierw usłyszała głosy, kroki. Następnie powróciła władza nad ciałem. Czuła je dokładnie. Ale przecież to nie możliwe! Otworzyła oczy, powieki nieco jej ciążyły, ale nie były już ciężkimi kotarami. Poderwała się do siadu, zachłysnęła powietrzem, które zbyt gwałtownie wciągnęła w płuca, ale bała się, że zaraz może to wszystko stracić i znów osunie się w wszechogarniającą ciemność i paraliżującą nicość. Zamrugała kilkakrotnie by zmazać z oczu mgłę, która wszystko rozmazywała. Zacisnęła palce na skórzanej kanapie. Dyszała jakby przebiegła maraton. Wzdrygnęła się, gdy zauważyła brązowowłosą dziewczynę stojącą nad nią. Ledwo powstrzymała się by nie odskoczyć. Dygotała, a gdy nieznajoma wyciągnęła rękę ku niej odsunęła się. Strach powrócił, choć czuła nieznaną siłę w każdej części ciała.
-Co... Co się stało?- Spytała drżącym głosem. Nie chciała wyjść na malutką, roztrzęsioną dziewczynkę, ale nie mogła nic zrobić, ze tak się też czuła.- Przecież ja...- Urwała bo to słowo nie chciało jej przejść przez gardło, a myśli o tym co się stało w szkole była przerażająca.
-Umarłaś? Nie do końca.- Usłyszała męski głos. Jej zagubiony wzrok skierował się na postać mężczyzny, na którego wcześniej nie zwróciła uwagi. Ciemnowłosy o ostrych rysach twarzy i niebieskich oczach. Czarna koszulka opinała się na dobrze zbudowanym ciele. Czuła od nich tą samą moc i niezwykłą siłę co od mężczyzny, który ją porwał.
-Co się dzieje? Gdzie ja jestem? Kim jesteście?- Zadawała pytania jedno po drugim nieco drżącym głosem. Była skołowana. Jeśli nawet udało jej się przeżyć skok z pędzącego samochodu, czyż nie powinna trafić do szpitala, nie powinna jako pierwszych zobaczyć zmartwionych rodziców, a nie obcych sobie ludzi? Poza tym chyba nie powinna, aż tak szybko wydobrzeć. Zerknęła na swoje ręce i nogi. Nadal ubrana była w podartą sukienkę, ale na ciele nie widziała żadnych zadrapań, czy siniaków. Wszystko było nie tak jak powinno być. Spojrzała pytającym wzrokiem na brązowowłosą.
-Spokojnie. Zaraz wszystko ci wyjaśnimy.- Zaczęła całkowicie spokojnym głosem, tak odmiennym od tego Tris, która potrząsnęła jedynie głową. Mężczyzna, który do tej pory siedział nieruchomo na fotelu, podniósł się z niego i opuścił ogromny salon jak zdążyła przyuważyć.- Po pierwsze musisz wiedzieć, że żadne z nas cię nie skrzywdzi. Jesteśmy tu, aby ci pomóc. Pamiętasz może co się stało?- Spytała starannie dobierając słowa. Usiadła na kanapie obok Brooks.
-Tak...- Przełknęła ślinę i wbiła wzrok w swoje dłonie.- Ktoś chciał mnie porwać, a wcześniej...- Zagryzła wargę i potrząsnęła głową.- A wcześniej coś zaatakowało moją szkołę. Nie wiem co to było, ale zabijało każdego na swojej drodze...- Wyjaśniła. Nie potrafiła teraz zagłębić się w szczegóły.- Chciałam uciec, więc wyskoczyłam z samochodu. Nie wiedziałam co innego mogłabym zrobić. Później... Obudziłam się tutaj.- Dodała niepewnie spoglądając na szatynkę.
-Ja i mój brat cię znaleźliśmy. Leżałaś na poboczu nieprzytomna... Byłaś na krawędzi.- Ciągnęła dalej. Tris i tak kompletnie nic nie rozumiała.
-Byłam na krawędzi?- Powtórzyła niczym echo.
-Teoretycznie byłaś martwa, serce stanęło, ale mózg jeszcze żył. Był tylko jeden sposób byśmy cię uratowali...- Przerwała i spojrzała na swojego brata, który jak duch przyszedł z powrotem. W dłoniach coś trzymał. Tris uważniej przyjrzała się jego rękom. Rozszerzyła gwałtownie oczy.
-O co tutaj chodzi?!- Spytała podrywając się na nogi. Nie mogła dłużej tkwić w tej nie pewności.
-Zmieniłem cię w wampira.- Odparł prosto z mostu brunet.
-Co?!- Patrzyła na niego jak na wariata, szaleńca, który postradał zmysły i żyje w swoim własnym świecie. Czytywała wiele książek, głównie jakichś romansów z domieszką fantastyki, także o wampirach, czy wilkołakach, ale tak szczerze to zawsze uważała ten świat za stworzony przez autorów. Za wymysł na potrzeby rozrywki nic więcej. A teraz... A teraz niby jest częścią tego wymysłu. Przetarła twarz dłońmi i ponownie opadła na kanapę. To po porostu nie mieściło się jej w głowie, ale jakby inaczej przeżyła taki wypadek? Przy nim zmiana w krwiopijcę wydaje się całkiem sensownym wytłumaczeniem. Podskoczyła, gdy zimny, miękki plastik wylądowała jej na kolanach. Spojrzała na szpitalny woreczek w pierw z obrzydzeniem, ale z każdą chwilą jej wzrok stawał się coraz bardziej zafascynowany i... wygłodniały. Do nosa Tris doleciał słodkawy, kuszący zapach. Czuła jak jej dziąsła przebija coś ostrego, a raczej kły co uświadomiła sobie minutę później, gdy z łatwością poradziły sobie z plastikiem. Spijała krew zachłannie, łapczywie. Odczuwała przy tym niezwykłą przyjemność, której nie mogła porównać do niczego innego. Przymknęła powieki. Świat skurczył się tylko do plastikowego woreczka, do krwi która się w nim znajdowała. Nie potrafiła się powstrzymać, przestać. Posoka przynosiła zbyt wielką ulgę, dodawała zbyt dużo siły by móc się temu oprzeć. To było niesamowite! Czuła się jak nowo narodzona, jak nigdy przedtem. Cudowne uczucie!
Jednak krwi nie było nieskończenie wiele w jednym woreczku i skończyła się szybciej niżby tego chciała. Gdy odsunęła usta od niego chwilę napawała się błogością i poczuciem siły, które ogarnęły jej ciało i umysł.
-Tak namiętnie pożywiającej się kobiety jeszcze nie wiedziałem.- Stwierdził brunet wyrywając ją tym samym ze stanu uniesienia.
-Hmm?- Uniosła brwi i zarumieniała się lekko. Spuściła wzrok i wierzchem dłoni starła resztki posiłku z brody.- Skoro nic mi nie jest, muszę wrócić do domu, powiedzieć rodzicom, że nic mi nie jest. Na pewno martwią się po tym co stało się w szkole.- Przyznała. Wiedziała, że nikt nie będzie potrafił racjonalnie wyjaśnić ataku na szkołę, a uczniowie, którzy odważą się mówić na pewno zostaną uznani za nienormalnych, że to szok i stres wpłynął na to co widzieli, że to umysły płatają im figle. A rodzice na pewno umierają ze strachu i mają nadzieję, że ich córka jednak nie znajduje się w gronie śmiertelnych ofiar. Chociaż pamiętała widok zmasakrowanych ciał... Identyfikacja zamordowanych nie będzie prosta... Ona sama martwiła się także o Lucy. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby jej się udało, a jej nie. Oni jednak wymienili spojrzenia, co uszło uwadze dziewczyny.
-Posłuchaj...- Poczuła dłoń na ramieniu.- Od twojego porwania, wypadku minęły cztery dni... Jesteś nowym wampirem. Nie będziesz w stanie zapanować nad sobą wśród ludzi. Żądza krwi weźmie górę i skrzywdziłabyś kogoś.- Posmutniała, ale wiedziała, że ona ma rację. W tej chwili czuła ogromną chęć zanurzenia ust w ciepłej krwi. Nie dałby rady. Przemknęła jej myśl by zadzwonić, ale zdawała sobie sprawę, że w tedy nie spoczną póki jej nie znajdą, choć pewnie i teraz nie poddadzą się. Nie wiedziała co zrobić, co będzie lepsze dla niej, dla bliskich i dla dwójki wampirów, na których nie chciała ściągać kłopotów.- Ochłoń i w tedy zastanów się co będzie najlepszym rozwiązaniem. Możesz zostać u nas tyle ile będziesz chciała. Nam nie robi to różnicy, a chyba tak będzie najlepiej. Ktoś powinien mieć na ciebie oko.- Brooks pokiwała jedynie i uśmiechnęła się wdzięcznie.- Och i gdzie moje maniery, Lilith, a on to mój brat Daniel.- Przedstawiła siebie i brata, który skinął tylko głową.
-Tris.- Odpowiedziała starając utrzymać na twarzy chociaż leciutki uśmiech.


Ta dam! Żyję! Długo mnie tu nie było, olałam blogosferę i nie zdziwię się, gdy nie zobaczę tu żadnego komentarza, ale miałam ochotę dokończyć ten rozdział i gdzieś go zamieścić. Może jakaś zbłąkana dusza go przeczyta i stwierdzi, że warto skomentować. W tym momencie nawet nie wiem w którą stronę pokierować to opowiadanie... Czy po prostu napisać od nowa historię, którą kiedyś pisałam, gdy byłam młodsza i wszystko było takie nijakie... Nie wiem. Może wymyślę coś nowego, w sumie już mam parę pomysłów, ale nie mam pojęcia co będzie najlepsze. Hmmm poczekamy zobaczymy :) 
Pozdrawiam wszystkich cieplutko ^^ 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Lydia Land of Grafic